WIGILIA W W DOMU DZIECKA ŻYTOMIERZU
W domu dziecka w Żytomierzu zorganizowano wigilię dla podopiecznych.
Rozmawiamy z prezes Sekcji Kobiet PZKO, Anną Piszkiewicz.
Nie tylko w orkiestrach dętych jest jakaś siła. Tkwi także w Klubach Kobiet na Zaolziu. Wszystkie działają przy Polskim Związku Kulturalno-Oświatowym w Republice Czeskiej. Anna Piszkiewicz - mama, babcia, kobieta aktywna, dla której doba mogłaby trwać znacznie dłużej niż 24 godziny.
Tomasz Wolff: Zdaje się, że przyjechała pani na wywiad na rowerze...
Anna Piszkiewicz: Zgadza się. A co? Jest pan zdziwiony? Będę jeździć także w zimie, jak będzie mało śniegu, bo szanuję nogi.
Nie, tylko chciałem zapytać, czy to jest wyznacznik kondycji polskich pań mieszkających na Zaolziu? Jesteście przecież niesamowicie aktywne...
Nie wszystkie panie jeżdżą na rowerze (śmiech), ale na pewno mogę powiedzieć, że ogólnie są bardzo aktywne. Oczywiście na różnych polach, której pani co pasuje. Ja, żeby pogodzić te wszystkie moje aktywności i obowiązki, często korzystam z roweru, ale i z samochodu.
Ile kilometrów dziennie pani pokonuje?
Nigdy tego nie liczyłam. Na pewno na rowerze jeżdżę na zakupy, wpadam do Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego, do tego trzeba doliczyć wypady do córki i syna. Przyznam się, że mam w domu jeszcze jeden rower, ze wspomaganiem elektrycznym, którym w niedzielę robimy trasy nawet do 50 kilometrów z grupą TRAMP.
Jak wyglądałby dziś Polski Związek Kulturalno-Oświatowy, dostojny jubilat (przed dwoma laty organizacja świętowała 70. urodziny – przyp. T.W.), gdyby nie Kluby Kobiet rozsiane po całym Zaolziu?
Na pewno byłoby mu trochę trudniej. W życiu wyznaję zasadę, że nie lubię się sama chwalić tym, co robię społecznie, ale z drugiej strony musimy tak wykonywać naszą pracę, żeby o nas wiedziano i raz za czas podziękowano. Na ostatnim Jesiennym Spotkaniu Klubów Kobiet konsul generalna w Ostrawie, Izabella Wołłejko-Chwastowicz, powiedziała, że ma zaszczyt poznać najsilniejsze kobiety z Zaolzia. To było dla mnie bardzo budujące. Członkinie Klubów Kobiet są naprawdę bardzo aktywne i silne, poświęcają się nie tylko dla rodziny, ale całej polskiej społeczności na Zaolziu. Trzeba to powiedzieć jasno – panie troszczą się z jednej strony o stronę kulinarną imprez, przygotowują ciekawe wystawy, a z drugiej dbają również o Domy PZKO. Wiele z nich byłoby dziś w dużo gorszym stanie, gdyby nie zaangażowanie Klubów Kobiet. Starają się o ich czystość i zawsze to robią nieodpłatnie. Chcąc podziękować niektórym paniom, udało nam się zorganizować we wrześniu dwudniową wycieczkę do Warszawy i Żelazowej Woli. Dzięki dofinansowaniu z Fundacji „Pomoc Polakom na Wschodzie” uczestniczki wycieczki musiały opłacić tylko posiłki.
Czy Kluby Kobiet porównuje się czasami z Kołami Gospodyń Wiejskich?
Jak najbardziej. Nie tylko jednak z Kołami Gospodyń Wiejskich, ale także z działającymi w miastach Klubami Kobiet Kreatywnych. W ostatnich latach postawiłam sobie za cel nawiązanie kontaktów transgranicznych z tymi ostatnimi; zaczęliśmy od Cieszyna, aż do Kielc. Członkinie Klubów Kobiet nawiązały przyjaźnie po drugiej strony Olzy, wzajemnie się odwiedzają, uczestniczą we wspólnych imprezach, jak choćby wielkanocnym konkursie wypieków. Na przykład działaczki Klubu Kobiet z Milikowa przyjaźnią się z paniami z Brzeszcza-Boru (powiat oświęcimski).
Przy każdym Kole Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego działa Klub Kobiet?
Niezupełnie. Zarejestrowanych kół PZKO jest 81, a Klubów Kobiet mamy 65. Pięć z nich w ogóle nie pracuje, panie postarzały się, nie są w stanie prowadzić działalności i tylko się spotykają na urodzinach. Bardzo aktywnych klubów jest około 45-47, co jest naprawdę bardzo dobrym wynikiem. Dlatego przy każdej okazji życzę wszystkim Klubom Kobiet, żeby udało im się ściągnąć młode panie, które będą kontynuowały działalność.
Właśnie chciałem o to zapytać. Jak zachęcić młode pokolenie do pracy społecznej?
Jestem zapraszana na różne imprezy organizowane przez panie. Podziwiam ich zaangażowanie, piękne wystawy, które przygotowują, kuchnię, którą serwują na polskich imprezach. Panie wzajemnie się odwiedzają. I to jest piękne. Odpowiadając na pytanie, inna sytuacja jest w mieście, a inna na wsi, gdzie na imprezy organizowane przez PZKO przychodzą całe rodziny: babcie, córki i wnuczki. Jeżeli chodzi o miasto, to powiem na przykładzie Czeskiego Cieszyna, w którym mieszkam. Obok naszej siedziby mamy przedszkole. Kiedy jest jakaś impreza, to rodzice przeważnie zaraz zabierają się tuż po występie dzieci, a my byśmy ich chcieli zatrzymać na dłużej, na całej imprezie. Naszym celem jest wciągnięcie pokolenia moich dzieci, czyli 40+, w pracę społeczną. Choć z drugiej strony mam świadomość, jak wygląda ich życie. Kiedy już uda im się wygospodarować wolny czas, poświęcają go na rodzinny sport, wspólne wyjazdy. Dlatego prawda jest taka, że praca społeczna głównie opiera się na emerytach. My tak potrafimy rozłożyć sobie dzień, żeby znaleźć czas na opiekę nad wnukami, zajęcie się domem i jeszcze mamy czas na PZKO. Nie boję się jednak, że Polski Związek Kulturalno-Oświatowy zaniknie, choć na pewno będzie w przyszłości mniej liczny (według Wikipedii, należy do niego ponad 12 tys. osób – przyp. T.W.).
Jest taka zależność: im dalej od cywilizacji, tym ludzie się mocniej trzymają, że tak powiem kolokwialnie, w „kupie”?
Odpowiem na to pytanie bardziej globalnie. Ja zawsze mówię, że jak coś dociska na daną społeczność, to ona się bardziej integruje, nie daje się. My na Zaolziu mamy się bardzo dobrze, w przeciwieństwie do na przykład Litwy, Łotwy czy Estonii... Możemy swoją polskość na co dzień pielęgnować i wyrażać na głos.
A ile w sumie pań należy do Klubów Kobiet na Zaolziu?
Nie mamy tego dokładnie policzonego, ale może to być nawet 2000-2500 aktywnych pań.
Od 10 lat jest pani na emeryturze. Z tego co wiem, jest pani bardzo zabiegana i zapracowana...
Tak zostałam nauczona. Jak pracowałam zawodowo, to już wtedy udzielałam się w Sekcji Kobiet PZKO i byłam w stanie godzić różne obowiązki. Mam też dobrego męża, który zawsze mnie wspierał w tym, co robię, choć nigdy nie był tak zaangażowany w działalność związkową.
Wyznaje zasadę: Daj mi Boże zdrowie, żebym mogła pracować i ruszać się.
Nie brakuje pani doby?
Czasami brakuje. Na przykład ostatnio nie miałam czasu na malowanie, które tak bardzo lubię. Nie mam swojego atelier, maluję w jadalni. Dlatego jak wiem, że się nikt nie zapowiada z wizytą, to się rozkładam z całym majdanem i parę dni maluję.
Rozmawiał: Tomasz Wolff
Zdjęcia: Tomasz Wolff, ARC
W domu dziecka w Żytomierzu zorganizowano wigilię dla podopiecznych.
W tym roku obchody świąt majowych nieco przedłużyły się nad morzem Azowskim. W dniu 8 maja miejscowi Polacy zorganizowali piknik w ogrodach Uniwersytetu Zarządzania i Biznesu, gdzie od ponad 15 lat funkcjonuje Centrum Języka i Kultury Polskiej.
W dniach 26-31 maja 2019 roku grupa 15 uczniów oraz ich opiekunowie z Państwowego Gimnazjum Polskiego im. Józefa Piłsudskiego w Dyneburgu gościła w Warszawie.