IDA POMOC POLAKOM NA WSCHODZIE kancelaria prezesa rady ministrów

23.03.2018

LECZNICA DOKTORA A. TARNAWSKIEGO CZ.2

popularyzacja historii, Aktualności, Postaci Ukraina, Obwód iwanofrankowski, Kosów

Prezentujemy kolejny fragment książki Natalii Tarkowskiej "Lecznica narodu. Kulturotwórcza rola Zakładu Przyrodoleczniczego doktora Apolinarego Tarnawskiego w Kosowie na Pokuciu 1893-1939" (Kraków 2016). 


Pierwszy fragment książki, który opublikowaliśmy na portalu IDA w grudniu, można przeczytać tutaj. Działalność słynnej "Lecznicy narodu" dra Tarnawskiego, do której przyjeżdżali m.in. Maria Dąbrowska, Gabriela Zapolska czy Ferdynand Ossendowski, to już historia. Kosowska placówka zakończyła działalność w raz z wybuchem II wojny światowej. Do naszych czasów przetrwały zdjęcia oraz wspomnienia kuracjuszy, którzy na własnej skórze doświadczyli niekonwencjonalnych metod leczniczych oraz pracowników lecznicy, zarówno polskich jak i ukraińskich. Wszystko to jest zebrane i w barwny sposób zaprezentowane we wspomnianej książce, którą gorąco polecamy. 

Publikacja pojawiła się w newralgicznym momencie, gdyż to naprawdę ostatnia chwila by uratować, stojące jeszcze, zabudowania lecznicy w Kosowie na Pokuciu. Ich stan jest jednak krytyczny, części budynków grozi katastrofa budowlana. Do naszych czasów przetrwał częściowo budynek Łazienek, w postaci charakterystycznej murowanej wieży. Niestety rozebrano przylegającą do niego drewnianą werandę. Na obszarze rozległego parku znajdują się wciąż, piękne drewniane wille, gdzie mieszkali przyjeżdżający na leczenie kuracjusze. Sytuację utrudnia fakt, iż teren dawnej "Lecznicy narodu" obecnie funkcjonuje jako część "Sanatorium Kosów" i jest własnością Ministerstwa Ochrony Zdrowia Ukrainy. Urzędnicy ministerialni nakazali rozbiórkę pozostałości po lecznicy, mimo iż w latach 90. kompleks wpisano na listę zabytków i objęto ochroną prawną. Również dyrektor sanatorium nie wykazuje zainteresowania ratowaniem budynków, mimo ich niewątpliwej wartości historycznej i kulturowej oraz ogromnego potencjału jako atrakcji turystycznej Pokucia. 

Autorka książki, Natalia Tarkowska, stworzyła niedawno w mediach społecznościowych stronę poświęconą postaci charyzmatycznego doktora. Polecamy ją uwadze wszystkich zainteresowanych tym tematem. Na pewno wkrótce pojawią się tu informacje na temat działań mających na celu upamiętnienie i uratowanie "Lecznice narodu" Adres strony to: https://www.facebook.com/drApolinaryTarnawski/

Zapraszamy do lektury przytoczonego fragmentu. Mamy nadzieję, iż zachęci on czytelnika do dalszego zgłębiania historii lecznicy oraz fascynującej postaci dra Tarnawskiego. 

Nie musiał się jednak niczego obawiać ten, który do pierwszej rozmowy podszedł z ufnością. Dr Apolinary, widząc pogodne nastawienie pacjenta, w życzliwej atmosferze poddawał go badaniu i rozmawiał o higienicznych błędach popełnianych przez chorego, które przyczyniły się do pogorszenia jego witalności. Na koniec zalecał odpowiednie dlań zasady higieny i diety, które miały poprawić stan zdrowia i samopoczucie pacjenta. Krótki opis takiej ordynacji pozostawił przywoływany już wcześniej Marian Dąbrowski, który nazwał Tarnawskiego – Starym Tołstojem, tylko z mniejszą brodą. Według tej relacji doktor postawił szczegółową diagnozę (dwukrotne zwiększenie serca, trzykrotne zwiększenie wątroby i skutki obżarstwa), a następnie wydał zalecenia dietetyczne i higieniczne. Z całego opisu można wywnioskować, że wizyta u Tarnawskiego wywarła na Dąbrowskim ogromne wrażenie. Nie mniejsze wrażenie pierwsze spotkanie z sędziwym doktorem wywarło na małżonce Dąbrowskiego – Marii, która udała się do Kosowa w 1925 roku zapewne zachęcona barwnymi opowieściami swojego męża. Budzący grozę doktor okazał się łaskawy również i dla niej. „Stary dr Tarnawski nie gniewał się na mnie wcale, ponieważ mam wagę taką jak lubi” – pisała w jednym z listów do męża, zadowolona z przebiegu ordynacji Dąbrowska.

Podobne wrażenia po pierwszej wizycie u doktora miała inna pacjentka, która pytana o to, czy senior Tarnawski był bardzo straszny, odpowiedziała: – Był czarujący. – Tylko mi, swoją drogą, naurągał, że się w mieście obżeramy, powiedział, a potem poniewczasie zaczynamy się troszczyć o „linję”. Strasznie wykpił mój maquillage. Widzi pan? Już nie mam zrobionych ust. […] Młodszy doktor powiedział, że maquillage zrobi mi w tydzień kosowskie słońce”.

Nie każdy jednak miał tyle szczęścia, ile wspomniani powyżej pacjenci. Znany był bowiem w historii kosowskiej lecznicy przypadek (zapewne nie jeden, ale ten został udokumentowany) chorego z ogromną otyłością, który nie został przyjęty przez doktora Tarnawskiego na kurację. Pacjent ten z powodu swojej nadwagi nie mieścił się w żadnej z zakładowych wanien. Mimo próśb i nalegań, a także pokaźnej sumy pieniędzy oferowanej doktorowi za przyjęcie, chory nie został przyjęty na leczenie, ponieważ według Tarnawskiego było zbyteczne wydawanie pieniędzy na kurację, która i tak już nie pomoże pacjentowi z taką nadwagą. Ponadto doktor zastrzegał, że otyli kuracjusze, którzy nie chcą wprowadzić zasad higieny w życie, a przyjeżdżają jedynie po to, by pozbyć się kilku kilogramów, nie powinni zajmować miejsca innym. Takich pacjentów przyjmowano do lecznicy tylko jednorazowo po to, by nauczyli się wstrzemięźliwości i życia według zasad higieny.

Każda pomyślna wizyta kończyła się oddaniem pacjenta pod opiekę jednego z kilku lekarzy pomocniczych, który od tej pory miał troszczyć się o kuracjusza. Ordynacja u kierownika zakładu z reguły nie trwała zbyt długo, stary doktor bardzo często stawiał diagnozy intuicyjnie, polegając na swoim długoletnim doświadczeniu lekarskim.

Po rozmowie z seniorem Tarnawskim, wedle prospektu lecznicy, pacjent udawał się do jednej z pięknych, ale skromnie urządzonych willi, gdzie mógł się rozgościć. Pierwszy dzień w zakładzie miał być przeznaczony na odpoczynek, zalecano jednak rozpoczęcie pobytu od ciepłej kąpieli, która oczyszczała z kurzu podróżnego i niejako zaznajamiała nowego pacjenta z jednym z ważniejszych elementów kuracji, którym były kąpiele wodne. Pierwszy dzień pobytu na terenie zakładu prawdopodobnie upływał też na spacerach wśród wspaniałych klombów kwiatowych i drzew owocowych, zapoznawaniu się z wyśmienitym towarzystwem odbywającym w tym czasie kurację oraz poznawaniu malowniczej okolicy.

Kolejny dzień w zakładzie nie przypominał już nowicjuszom sielanki dnia poprzedniego. Dla wielu pacjentów okazywał się momentem krytycznym, przerastającym ich wątłe siły. Wczesnym rankiem, gdy goście lecznicy jeszcze smacznie spali bądź leniwie przewracali się z jednego boku na drugi, w zakładzie rozlegał się głośny, rytmiczny i powtarzający się huk –„Hałasi jak najęty, dzikiem tata, tata (...). Grzmoci w duszę bębniący, dziki, chiński taran!”. Dźwięk japońskiego tamtamu, wielkiej, brązowej tarczy z wizerunkiem smoka, wyrywał pacjentów z błogiego snu. Wczesna pobudka była jednym z elementów kształtowania silnej woli oraz sposobem na powrót do naturalnego rytmu przyrody. Pierwsze uderzenia były wolne i miarowe, by co gorliwsi pacjenci mogli po przebudzeniu zdążyć pobrodzić gołymi stopami po zimnej rosie. Moment ten uwiecznił piórem felietonista „ABC”, pisząc humorystycznie: „Wkrótce ze wszystkich dworków wysypuje się na trawniki i klomby olbrzymiego parku kosowskiego gromada bosonogich, białych postaci. Widocznie nie otrząsnęły się jeszcze ze snu, bo miast trzymać się utartych ścieżek, w dziwacznych pląsach snują się po mokrej trawie. Z początku ociężali i senni, po chwili perypatetycy ranni zaczynają się ożywiać. Wysoki, wąsaty brunet (w cywilu dyrektor poważnej instytucji finansowej) zrzuca kurtkę i, wydając radosne piski, tarza się po mokrej trawie. Przykład działa zaraźliwie. Wkrótce kąpie się już w rosie wydatny brzuszek leciwego profesora, a kościsty inżynier na oprószonej siwizną głowie fika rozkoszne kozły”. Z kolei redaktor „Kurjera Poznańskiego” wychwalał zalety tego zabiegu: „Czy państwo wiecie, co to jest rosa! Ta rosa, która kocha się na zabój w słońcu, odbija je w sobie, pozwala mu wchłaniać. Otóż pozatem wszystkiem ma rosa właściwości utlenionej wody i stąd działa ożywczo i podniecająco”. Pozostali w tym czasie dosypiali, nim gong zaczął wydawać szybkie i nerwowe dźwięki sygnalizujące, że zbliża się pora obowiązkowej gimnastyki.

Zdjęcia: współczesne Natalia Tarkowska, archiwalne Biblioteka Narodowa.